technologie starych mistrzów

Tadeusz Piotrowski

W Olsztynie dołączyłem do prywatnej szkoły, którą założył Tadeusz Piotrowski (na zdjęciu). On sam skończył wydział malarstwa na Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Szkoła imienia Cennino Cenniniego kładła największy nacisk na technologie starych mistrzów malarstwa.

Tadeusz miał szkolny dziennik (taki z zakładką na nazwiska), gdzie mieliśmy odpowiednie przedmioty. Jednym z pierwszych zadań było dekatyzowanie płótna przed nałożeniem gruntu. Po co? No właśnie…

Szare płótno lniane, jakie kupujemy w sklepie, jest gładkie, wyprasowane, a ułożone pod światło prawie lśni. Wygląda efektownie, ale do gruntowania to jest bardziej wada niż zaleta. Pojedyncze nitki, z których składa się tkanina, zostały powleczone apreturą, która nadaje jej równomierną, gładką powierzchnię, tyle że taka powierzchnia traci możliwość zakotwiczenia włókien w gruncie. Dlatego pozbycie się apretury można w uproszczeniu porównać do zdjęcia folii ochronnej.


To nie jest skomplikowane. Wystarczy włożyć płótno do wielkiego gara i zagotować. Pierwsza odlewana woda jest SZOKIEM!!! Wylewamy wodę w kolorze mocnej, czarnej kawy… Po kolejnych gotowaniach kolor traci na mocy, ale płótno wzięte pod lupę zacznie przypominać strukturą tarkę do ziemniaków zamiast gładkiej szklanej tafli. Dopiero taka „tarka” pewnie utrzyma nałożony grunt, bo da gruntowi solidne zaczepy uwolnione z fabrycznej apretury.

Nie inaczej starzy mistrzowie radzili sobie z przygotowaniem rzeźb przed nałożeniem polichromii, czyli warstw malarskich. Rzeźba czy ornament, zanim zostanie na nią nałożony grunt, wygląda jak po dosyć ostrej kuracji odchudzającej. Surowe drewno nie ma apretury, ale obrabianie dłutem wygładza powierzchnię, pozbawiając ją zaczepów. Dlatego najprostszym sposobem na zwiększenie przyczepności gruntu jest zrobienie siatki nacięć nożem wszędzie tam, gdzie będzie nakładany.

Figury Wita Stwosza z Kościoła Mariackiego to przykład rzeźb polichromowanych, czyli zrobionych z drewna, z położonym gruntem, pomalowanych, miejscami pozłoconych. Warsztat Stwosza różnił się nie tylko realizmem takich polichromii, ale też tym, że strona przednia postaci była wykończona z taką samą dbałością jak części niewidoczne dla widza. Najczęściej plecy w rzeźbach kościelnych były stroną, gdzie snycerz robił sobie dostęp do wydrenowania figury.

Dorabiając dłoń Chrystusowi albo skrzydło aniołowi miałem widoczną gęstość takiej siatki z krawędzi po ubytku. Po prostu powtarzałem rytm nacięć. Podobnie stopień „odchudzenia” samego kształtu w drewnie. Bo dopiero nakładanie i wykańczanie gruntu (czasem nawet kilkumilimetrowej grubości) na „anorektyczne” kształty nadawały rzeźbie właściwą formę.

Malowanie czy pozłacanie to była dopiero wisienka na torcie. Pomieszanie szkoły i Pracowni Konserwacji Dzieł Sztuki działało jak jakiś wehikuł czasu. To, o czym uczyliśmy się poprzedniego dnia, mogłem następnego dnia oglądać na pracach, które z różnymi defektami trafiły na stół operacyjny. 

Określenia „ekran”, „podmalówka”, „laserunek” czy „werniks” przestawały mieć tylko książkową czy świeżo malowaną formę. Rano w pracowni stawały się rzeźbami i obrazami starych mistrzów, tyle że jako obiekty muzealne starsze o kilkaset lat.

Share on facebook
Share on pinterest
Share on twitter
Share on email

Co za sakiewka?

Jak to, co za sakiewka? Normalna, taka jak z filmów ze średniowiecza. Na kawałek szmaty sypiesz ryż albo siemię lniane. Dosypujesz pył węglowy, wiążesz jak

Więcej »

Iluzja

To jest ten moment, kiedy zmrużę oczy i przez szparki pomiędzy powiekami wchodzi uproszczony, jakby widziany z daleka obraz. Pokraczne, nieporadne pacnięcia, które z bliska

Więcej »

Akt w butach

Gdy malowałem ten obraz, na początku był u mnie zachwyt, który w trakcie wchodzenia coraz głębiej w studium ze szkicowania zamieniał się w niechęć. Coraz

Więcej »